Kazanie na pogrzebie ś. p. Księdza Prałata Włodzimierza Okoniewskiego, 20.III 2015

DSC_0167

 

Kazanie na pogrzebie ś. p. Księdza Prałata Włodzimierza Okoniewskiego. Poznań – Jeżyce, 20.III 2015.

 

Czytania: Mdr 4, 7 – 15.

Ew. J. 12, 23-26.

 

„Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity”.

 

Ekscelencjo, Najdostojniejszy Księże Arcybiskupie Metropolito,

Ekscelencjo, Najdostojniejszy Księże Arcybiskupie Seniorze,

Żałobą okryta Rodzino ś. p. Księdza Prałata,

Czcigodni Bracia w stopniu prezbitera, wedle należnych funkcji i godności,

Wielebne Siostry zakonne,

Klerycy,

Parafianie jeżyccy i Szanowni Goście,

Bracia i Siostry złączeni węzłem naszej świętej wiary,

Żałobni słuchacze!

 

Przybyliśmy wszyscy na pogrzeb…, szczególny pogrzeb, pogrzeb niezwykłego człowieka, kapłana, prałata, kanonika, proboszcza, duchowego przewodnika i przyjaciela – Księdza prałata Włodzimierza Okoniewskiego, seniora prezbiterium poznańskiego. Bogu Trójjedynemu, na Eucharystii, która jest dziękczynieniem, składamy dzięki za jego bogate, pełne Bożej i mądrej treści, długie życie – to doczesne, ziemskie, bo przecież jego wieczne trwanie przed Bogiem dopiero teraz nabiera pełnego wyrazu.

Jego ciało i wszystkie doczesne poczynania składamy dziś w ziemi jak ziarno pszeniczne – ufni, że wyda stokrotny plon w wieczności, przebogaty zaś plon jego doczesnego życia składamy na ołtarzu jak żniwne wieńce. Boże przedwieczny, spójrz, jak brzemienne są kłosy życia ś.p. Księdza Włodzimierza. Wszak są one Twoją własnością, jako Pana Żniwa, jako Pana życia i śmierci.

To życie i zarazem – krok po kroku – zbliżanie się do śmierci, zaczęło się tutaj, na poznańskich Jeżycach, 31 sierpnia 1921 roku. Był jednym z trojga rodzeństwa, którymiPan Bóg – Dawca życia – obdarzył Kazimierza i Helenę z Likowskich. Można powiedzieć, że rodzinie tej Pan Bóg nie poskąpił powiewu Ducha Świętego, który spoczął na wywodzących się z niej następcach Apostołów jak w dniu Pięćdziesiątnicy. Wszakże matka księdza prałata, Helena, była bratanicą Prymasa Polski, Arcybiskupa Gnieźnieńskiego i Poznańskiego Edwarda Likowskiego, zaś ojciec, Kazimierz, był bratem Biskupa Stanisława Wojciecha Okoniewskiego, biskupa chełmińskiego. Taka atmosfera rodzinnego domu stwarzała podatny grunt dla owocowania wiary, patriotyzmu i powołania kapłańskiego – owocowania, za które dziś Bogu dziękujemy. W tym domu tkwiły korzenie pobożności, wzorowej uczciwości, sumienności, obowiązkowości i umiłowania Kościoła i Ojczyzny. Dzieciństwo i młodość, naznaczone poznawaniem świata, którego Ksiądz Prałat do końca był bardzo ciekawy, ubogacone zdobytą wiedzą – najpierw w prywatnej szkole św. Kazimierza u pani Rozmuskiej, a potem w gimnazjum i liceum im. Karola Marcinkowskiego – przerodziły się w dorosłość w dramatycznych okolicznościach, bowiem nazajutrz po osiemnastych urodzinach przyszło młodemu Włodzimierzowi przeżyć dzień wybuchu II wojny światowej. Gdy wraz z rodziną znalazł się na wygnaniu w Warszawie, tajemniczy głos nie dawał mu spokoju. Tak, to był głos samego Boga: „Pójdź za mną!”. Usłyszał więc Chrystusowe Pójdź za mną, które teraz z niewyraźnego, w dzieciństwie i młodości zasłyszanego szeptu przerodziło się w wyraźny i zdecydowany głos powołania kapłańskiego.Trzeba było mieć niemałą odwagę i silną wiarę, by w czasie tak okrutnego, barbarzyńskiego prześladowania narodu i Kościoła, odpowiedzieć pozytywnie na głos powołania. Młody Włodzimierz podjął właśnie w takich okolicznościach nieodwołalną decyzję pójścia za Chrystusem – decyzję, której z Bożą pomocą pozostał wierny do końca życia. Z tamtej, młodzieńczej i heroicznej zarazem decyzji, my wszyscy tu obecni korzystaliśmy, czerpiąc łaski spływające przez jego kapłaństwo. Wracał często wspomnieniami do tamtych dni, gdy kolejno w trzech seminariach: w Warszawie, Kielcach i Gnieźnie, sposobił się do świętego posługiwania. Wtedy też, jak większość młodych ludzi z pokolenia Kolumbów, zapragnął dać coś od siebie uciemiężonej Polsce. Za zgodą rektora seminarium złożył w zaułku kościoła Zbawiciela w Warszawie przysięgę Armii Krajowej, wyrażając swą gotowość do złożenia ofiary dla Ojczyzny. Brał udział w akcjach sabotażowych, był świadkiem płonącego getta, przeżył niejedną łapankę. Wtedy też stracił ojca, zamęczonego za to, że był twórcą i pierwszym dyrektorem poznańskiego radia. Mówił mi kiedyś: „Jak ja się wtedy żarliwie modliłem o uwolnienie ojca. Chyba nigdy już w życiu tak się nie modliłem”. Ojciec został uwolniony, ale wycieńczony warunkami Fortu VII, po kilku dniach od powrotu zmarł. Zahartowany w okupacyjnych warunkach Włodzimierz przyjął święcenia kapłańskie 22 grudnia 1945 roku w Bazylice Prymasowskiej w Gnieźnie z rąk Prymasa Polski Kardynała Augusta Hlonda. Dziś w Osobie Księdza Prałata żegnamy ostatniego już kapłana naszej archidiecezji, wyświęconego przez Sługę Bożego Kardynała Hlonda.

I tak rozpoczęło się jego owocne posługiwanie Bogu w Jego świętym Kościele. I tak też odtąd Ksiądz Włodzimierz pielęgnował z ogromną pieczołowitością swoją miłość do Boga, która wyrażała się w służbie Ludowi Bożemu. Tej miłości nigdy się nie wstydził, nie ukrywał się z nią, ale stawała się ona jego prawdziwą chlubą i dumą. Tę miłość realizował na kolejnych placówkach wikariuszowskich, prefektowskiej w Wolsztynie i proboszczowskich. Ile Łaski Bożej spłynęło tam wszędzie do ludzkich dusz! Pomnij o tym Wiekuisty Boże na jego sądzie!Kolejne etapy pracy kapłańskiej, to czas przedziwnej, tajemniczej współpracy z Chrystusem Siewcą. Jest rzeczą znamienną, że ten Boży zasiew w życiu Księdza Prałata dokonywał się w znacznej mierze na gruncie serc młodych ludzi – tych „waćpanów” z Wolsztyna, jak mówił o swoich wychowankach z Niższego Seminarium Duchownego, ale nie tylko. Musiał być to zasiew znaczący, skoro w aktach IPN-u napisano o Księdzu Prałacie, że ma zły i niebezpieczny wpływ na młodzież. Dziś ten zapis odczytujemy jako niebagatelną pochwałę.

Szczególna więź łączyła Księdza Prałata ze swymi wychowankami z Wolsztyna. Był dumny z tego, że wśród nich jest kardynał, arcybiskup, biskup i wielu kapłanów, którzy dziś już ze względu na wiek schodzą z duszpasterskiej areny, ale zawsze z tarczą spełnionego powołania. Pamiętał o ich jubileuszach, wysyłał życzenia, co zwłaszcza w ostatnich latach stanowiło dla niego niemały wysiłek. Ksiądz Prałat kochał kapłanów, cieszył się z ich sukcesów, ubolewał nad porażkami. Ogromnie sobie cenił ich odwiedziny, zwłaszcza w ostatnim okresie swego życia. Szkoda, że nieraz my, księża, pewnie zaabsorbowani ewangelizacją, nie potrafiliśmy w tym względzie stanąć na wysokości zadania. Jaką radość w ostatnich tygodniach życia sprawiła mu dwukrotna wizyta Księdza Arcybiskupa Seniora. Piękny bukiet róż postawiliśmy Księdzu Prałatowi na widoku, a on mówił ze wzruszeniem: „To od Arcybiskupa Juliusza”. Mówię o tym gwoli sprawiedliwości i ku zbudowaniu, tu i teraz!

Po duszpasterzowaniu w Skokach, przyszedł czas na zasiew Bożej łaski na glebie naszych, jeżyckich serc. 24 lata jako proboszcz i 23 lata jako emeryt. Z całą pewnością parafianie odbierali Księdza Prałata jako kapłana, któremu zależy na sprawie Bożej. Ona była najważniejsza i można powiedzieć, że na pewno była pasją jego życia. Wszystko inne było na dalszym planie. Wczesna Komunia święta dzieci, soborowa odnowa liturgii, ruch oazowy – młodzieżowy i rodzinny, konferencje katechetyczne dla rodziców, to tylko niektóre dziedziny jego „proboszczowania”. A ile było modlitwy i troski o swoich parafian. Kochani Parafianie jeżyccy, on Was naprawdę kochał, chociaż czasem mógł być odbierany jako zbyt surowy i wymagający, ale to też było z miłości i zatroskania o wasze zbawienie. I dobrze się stało, że na emeryturze pozostał z nami. Nie wchodził nikomu w drogę, o czym najlepiej może powiedzieć jego czcigodny następca. Widzieliśmy go przy ołtarzu, w konfesjonale, a w Wielkie Czwartki i w pierwsze piątki miesiąca na ambonie. Mogliśmy go spotkać na ulicy i na rynku. Mówił o sobie po prosu: „To ja, ten wasz stary proboszcz”. Kochani Parafianie, Wy przecież też go kochaliście. Gdy przez dłuższy czas nie było go widać, pytaliście: „Co się dzieje z Prałatem?”. To było wszystko takie naturalne, rodzinne i miało w sobie ducha Ewangelii. Dzięki składamy dziś Bogu także za ten Boży zasiew Proboszcza – Seniora.

Ksiądz Prałat może być przykładem pięknego przeżywania starości. Nie powtarzajmy bluźnierczego sloganu, że „Panu Bogu starość się nie udała”. Starość Księdza Prałata jest tego zaprzeczeniem. Znamiennym było, że otoczony był ludźmi młodymi. Stawiałem sobie czasem pytanie dlaczego ci młodzi ludzie tak do niego się garną? On nie zrzędził: „Jak to kiedyś było pięknie, a teraz jak jest źle”. Interesował się tym, co aktualne, śledził wiadomości ze świata, interesował się sportem, potrafił długo w nocy oglądać ciekawy mecz(a że słuch był coraz słabszy, więc i ja trochę słyszałem piętro wyżej), ciekawie i barwnie opowiadał, witał się i żegnał młodzieżowym „żółwikiem”, ale w tym wszystkim nigdy nie przestawał być Chrystusowym siewcą – doradzał, dawał przestrogi, czasem zdecydowanie upominał. Młodzi ludzie doskonale to wyczuwali i dlatego nie stronili od niego. Z jego odniesienia do młodych przebijał zmysł duszpasterski na najwyższym poziomie! Jego starość była czcigodna nie przez długowieczność i liczbą lat jej nie mierzyliśmy. Sędziwością jego była mądrość, a miarą starości życie nieskalane.

Najmilsi!

Kreśląc przed Wami nieudolnie portret życiowy Księdza Prałata, nie mogę pominąć jeszcze jednej jego wielkiej „miłości” – miłości do ojczyzny, która ubogacała koloryt jego życiowego portretu. Kochał Polskę, znał dobrze jej historię i bardzo pragnął, by budowała swoje dzieje na sprawdzonych wartościach, a te płyną jedynie z nauki Jezusa Chrystusa. W swoim patriotyzmie był radykalistą, nie przyjmował hipokryzji, dwulicowości, zbyt daleko posuniętych kompromisów. Może dlatego nie przez wszystkich był rozumiany. Dziś jednak, stojąc nad jego trumną, nie ma chyba nikogo, kto z należnym uznaniem nie pochyliłby czoła nad jego wiernością w miłości do Polski.

Bracia i Siostry!

Przyszedł wreszcie czas nasilających się dolegliwości wynikających z sędziwego wieku, czas cierpienia i umierania. Ile wtedy wyzwoliło się dobra! Chociaż nieraz nie było to łatwe, zwłaszcza w ostatnich tygodniach, próbowaliśmy odczytywać Księdza Prałata jako dar od Pana Boga. Był z nim Marcin, który służył do mszy w mieszkaniu i Adriana, na którą czekał, by przygotowała kolację, i Ania, Magda i Asia, które dbały o lekarstwa, i pani Hania, która musiała się nieraz nieźle „nasłuchać”, a pomimo to trwała na posterunku, i pani Basia, która po dyżurze w szpitalu przychodziła, by wkłuć się w żyłę, bo nikt inny nie potrafił, i dobre siostry elżbietanki:Bonifacja i Krystyna, które jak miłosierny samarytanin wykonywały najbardziej prozaiczne czynności i pani doktor Marysia, która nie żałowała swego czasu, by podać odpowiednią kroplówkę, i szlachetna bratanica Kasia z mężem Jackiem, z Asią i Jędrzejem, którzy czuli się tak bardzo odpowiedzialni za swego wujka, że nie żałowali pomysłów i finansów, by ulżyć w cierpieniu! To przecież tylko niektórzy!

Ile wyzwoliło się dobra na gruncie szlachetnych ludzkich serc! A wszystko wokół Niego i dla Niego. Jedna z wymienionych osób powiedziała mi, że chociaż ostatnie dni były bardzo trudne, nie żałuje ani chwili poświęconej dla Księdza Prałata. To nie tylko my jemu byliśmy potrzebni, ale on był potrzebny nam do naszego uświęcenia.

Przyszło wreszcie umieranie – godne i piękne. W ostatnią noc, a była to niedziela Laetare – niedziela radości z bliskiego już Zmartwychwstania, podczas czuwania przy Księdzu Prałacie zacząłem odmawiać na głos brewiarz z tejże niedzieli. Czułem, że nie modlę się sam, że Ksiądz Prałat, chociaż już nieobecny umysłem, sercem modli się ze mną. Modliliśmy się więc razem, zjednoczeni kapłańskimi pacierzami. Była to jego ostatnia, kapłańska, brewiarzowa modlitwa.Wreszcie gdy nadszedł niedzielny dzień i gdy jakoś przedziwnie, wszyscy jego najbliżsi zebrali się przy łóżku, zauważyliśmy, że oddech jest coraz słabszy, udzieliłem rozgrzeszenia i odpustu na godzinę śmierci, zaczęliśmy odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia i ……….o godzinie 13.10. przestał oddychać. Odszedł do domu Ojca. Piękna, szczęśliwa śmierć! Do trumny włożyliśmy brewiarz z zaznaczoną niedzielą Laetare, pod poduszkę, tak przy uchu, by dźwięk radosnej modlitwy zaprowadził go do Zmartwychwstałego.

Drogi Księże Prałacie!

Brzemienny kłos Twojego długiego życia został zżęty i zaniesiony przed tron Boży. Bóg „zwinął Twój namiot pasterski”. Odtąd dzwony jeżyckiej świątyni, zawieszone tu przecież za Twoim, wydają smętny, żałobny ton, który odbija się w murach starych i nowych kamienic naszej dzielnicy i wraca do nas z przedziwną nadzieją. Słyszysz to?

Spójrz jeszcze raz na Twoją parafię!

Stańw progu naszej parafialnej świątyni po raz ostatni!

Spójrz, na drugim brzegu stoją ci, których odprowadzałeś na miejsce wiecznego spoczynku.Czekają tam na Ciebie. Dziś Chrystus mówi do Ciebie tak, jak kiedyś do Świętej Siostry Faustyny: Wiedz o tym, że wszystkie piękności niczym są w porównaniu z tym, co Ci przygotowałem w wieczności.

Księże Prałacie!

Zaczekaj tam na nas, na drugim brzegu, zaczekaj z tymi wszystkimi, których kochałeś i którym posługiwałeś!

Spójrz, odchodzący od nas pasterzu i siewco!

Stoją tu dziś wokół Ciebie biskupi i kapłani.

Stoją twoi bliscy, spośród których wyszedłeś.

Stoją Twoi ukochani Parafianie, którym służyłeśi młodzi, wśród których tak dobrze się czułeś.

Wszyscy z czułą i wdzięczną miłością składamy twoje, doświadczone cierpieniem i nieubłaganą starością, ciało do ziemi. Składamy je jak ziarno pszeniczne razem z Twoim doczesnym życiem, wierząc, że zaowocuje, że wyda stokrotne plony. A kapłańską, piękną Twą duszę, jak wieniec żniwny składamy na ołtarzu Boga, którego wybrałeś, za którym poszedłeś, którego kochałeś i któremu służyłeś. Niech będzie dla Ciebie miłosierny! Amen.